wtorek, 6 maja 2014

Because I'm happy

Jeżeli ciuchy odzwierciedlają styl życia, to od razu widać, że moje ostatnio zdominował rower. Obcasy i sukienki poszły w odstawkę i zostały zastąpione przez spodnie i bluzy. Mam wrażenie, że im jestem starsza, tym jestem młodsza, przynajmniej w kwestii stroju - wystarczy powiedzieć, że połowę dzisiejszego stroju stanowią ubrania kupione na dziale dziecięcym.
Nie jestem z tych, którzy podkochują się w sławnych osobach (Adrien Brody się nie liczy!). Mam jednak słabość do jednego artysty, który zachwyca mnie zarówno muzyką, jak i stylem. Stąd dziś strój inspirowany tym, co nosi na sobie w teledysku "Happy" Pharrell Williams - są buty typu slip-on i jest bluza z numerem (nieco innym niż w teledysku, w końcu ten mógłby wyglądać nieco kontrowersyjnie na ciuchu z działu dziecięcego). W mojej szafie brakuje tylko słynnego kapelusza projektu Vivienne Westwood, więc... dorobiłam go sobie w Photoshopie!

4
5
3

sweatshirt and pants - h&m kids/suede jacket - mango/bag - Zuzia Górska/slip-on shoes - bronx

photos by Michael

sobota, 19 kwietnia 2014

Almost unbreakable

Ogłaszam kwiecień miesiącem zmiany przekonań. Ów proces zaczął się w moim przypadku już pierwszego dnia miesiąca, i choć miałam nadzieję, że to tylko okrutny żart, los wykazał się wyjątkowo kiepskim poczuciem humoru. Całe życia trwałam bowiem w przekonaniu, że należę do grupy szczęśliwców, których omijają wszelkie urazy. Okazało się jednak, że pogruchotanie takiej wiary zajmuje tyle, co złamanie nosa, czyli dosłownie kilka sekund. Znacznie dłużej trwa za to pobyt w szpitalu, gdzie każdy dzień to walka o przetrwanie i gdzie przekonanie, że wszyscy lekarze są tacy jak w Leśnej Górze to dowód na to, że telewizja kłamie, oj, bardzo kłamie. Na szczęście powoli wracam już do żywych i choć trochę żałuję, że mój nowy nos do złudzenia przypomina ten stary, cieszę się, że wyszłam z tej historii cało, bo przecież... zawsze mogło być gorzej.
Do wczoraj żyłam także w przekonaniu, że wyrosłam z noszenia za dużych męskich t-shirtów z nadrukami.. Okres fascynacji tą częścią garderoby przeżyłam jakieś 6 lat temu i byłam pewna, że nigdy do nich nie wrócę. Wszystkie zasady odeszły w zapomnienie, gdy zobaczyłam ten t-shirt. No, ale Marek Hłasko to Marek Hłasko, dla takiego mężczyzny można zrobić wyjątek.
Swoją drogą, kwiecień trwa w najlepsze, jestem bardzo ciekawa, czy spróbuje jeszcze namieszać w moim życiu. Tymczasem, przechodząc gładko do kolejnej myśli, życzę Wam zdrowych, pogodnych i słonecznych Świąt, wypoczywajcie i uważajcie na swoje nosy!


t-shirt - bytom (!)/silk pants - diesel black gold/leather jacket - pull and bear/bag - zara/belt - diesel/slip on shoes - bronx

photos by Michael

czwartek, 27 marca 2014

Look good, feel better

Dawno, dawno temu pisałam tutaj o zmianach, które zaczęły zachodzić w mojej szafie. Zrozumiałam, że mniej znaczy więcej i ograniczyłam zakupy na rzecz zwiększenia wolnego miejsca na półkach w szafie. Dzisiaj, blisko półtora roku później, przypomniałam sobie o tym tekście i zaczęłam się zastanawiać, co dało mi bardziej rozsądne podejście do zakupów i czy więcej na tym straciłam, czy zyskałam.
To, co zmieniło się najbardziej, to moje podejście do materiałów. Czytanie metek ze składem stało się moim nawykiem i jest pierwszą rzeczą, którą robię, gdy spodoba mi się dana rzecz. To najlepsza droga eliminacji - w sieciówkach zdecydowanie króluje akryl i kiepski poliester. Oczywiście zdarza się, że z powodu miłości od pierwszego wejrzenia kupię coś z tych szatańskich materiałów (i po kilku praniach tego żałuję...), na co dzień jednak staram się wybierać te, które posłużą mi dłużej. Mówię Wam, nie ma nic fajniejszego niż upolowanie jedwabnych spodni za ułamek pierwotnej ceny (niech żyje TkMaxx!), a żaden sweter nie ogrzeje tak, jak ten zrobiony z wełny. I choć czasem zakupy są dla dociekliwych wyjątkowo frustrujące, zwłaszcza wtedy, kiedy szuka się skórzanej torby i wszystkie kosztują grube miliony, to stwierdzam - zdecydowanie warto trochę się pomęczyć.
A propos - dobre jakościowo produkty bardzo często są  drogie (a raczej: za drogie na mnie, bo przecież pojęcie "drogo" dla każdego znaczy coś innego), jednak przez to półtora roku przekonałam się, że dobrze może znaczyć także "tanio". Torebka (zamszowa!) z poniższych zdjęć kosztowała jakieś 30 złotych, spodnie, które mają w składzie 60% wełny, kupiłam za niecałe 100 zł. To, co się przydaje, to zamiłowanie do szperania i spory nakład cierpliwości - na okazję trzeba czasem bardzo długo czekać, ale i w tym przypadku uważam, że warto być bezkompromisowym.
Jestem też z siebie dumna, że udaje mi się dotrzymać noworocznego postanowienia i w miarę regularnie kupuję u polskich projektantów. Na razie może aż tak tego nie widać na blogu (w końcu mamy dopiero marzec!), ale myślę, że z czasem będzie tutaj coraz bardziej 'polsko'. Choć czasami zdarza mi się zawieść i ubrania nie spełniają moich oczekiwań, to znacznie częściej produkty mają ogromną przewagę nad tymi z sieciówek - są naprawdę dobrej jakości. Sukienka od Lous jest teraz moją ulubioną, a z bluzą od Paprocki&Brzozowski w ogóle się nie rozstaję.

I nie wiem, czy to zasługa wprowadzonych zmian, czy układ planet jest dla mnie ostatnio wyjątkowo korzystny, ale już dawno nie czułam się tak dobrze w swoich ubraniach. Cokolwiek to jest, niech trwa jak najdłużej!



leather jacket - pull&bear/knit - my boyfriend's/pants - mango/bag and heels - zara

photos by Michael

sobota, 22 marca 2014

Spring in the Air. Max.

Przyszła wiosna! Koleżanka w pierwszej chwili nie poznaje mnie na ulicy, w końcu ostatnio widywała mnie raczej w zimowych ubraniach. Przyznaję, rozstanie z płaszczem było trudne, choć czułam, że nasz związek zbliża się ku końcowi.
Przyszła wiosna. Siedzę na przystanku z grupką ludzi, czekając na spóźniony autobus. MPK ma nas w głębokim poważaniu niezależnie od panującej pory roku, ale po raz pierwszy od dłuższego czasu wydaje mi się, że... nikomu to nie przeszkadza. Wszyscy się uśmiechają, nawet ci najbardziej zgorzkniali nie mogą powstrzymać drgania w kącikach ust, twarze mimowolnie lgną tam, gdzie świeci słońce, cieszy dosłownie wszystko - w końcu robak na chodniku to też jakiś znak, że w końcu mamy wiosnę, prawda? I choć łączy nas przystankowa niedola, mam wrażenie, że w powietrzu panuje wyjątkowa sielanka. To musi być wiosna, tylko ona tak działa na ludzi.

Przyszła wiosna i w końcu mogę bezkarnie nosić moje buty, które zwiedziły więcej świata niż ja, lecąc do mnie jako prezent od samego Wuja Sama. Choć ostatnio niewiele ubrań wzbudza we mnie entuzjazm, z przypadku tych butów przepadłam totalnie. Jak widać, wiosną staję się szczególnie kochliwa...


sneakers - nike air max 1 liberty/pants - mango

photos by Biała

piątek, 14 marca 2014

God knows everything but you know everything better

Kiedy zaczniecie wierzyć, że coś wiecie, ukształtujecie własny pogląd albo wyrazicie opinie, za chwilę pojawi się dziesięć osób, które będzie próbowało Wam udowodnić, że nie macie racji. Sytuacja jak u Remarque'a - "Bóg wie wszystko, a wy wszystko wiecie lepiej". 
Codziennie obserwuję dziesiątki kobiet, które przychodzą na zakupy - czasem dlatego, że czegoś faktycznie potrzebują, a czasem, jak przypuszczam, po to, by z małą pomocą nowego ubrania  poprawić sobie humor. Zabierają ze sobą towarzyszki, babcie, ciocie, mamy, koleżanki, które mają za zadanie pomóc i doradzać. One zamiast tego krytykują i odradzają. Samozwańcze stylistki wszystko wiedzą najlepiej. Nie podoba im się nic. Wygłaszają opinie stanowcze ("Źle ci w tym kolorze") i bezpośrednie ("Brzydko w tym wyglądasz"), na dodatek potrafią czytać w myślach i przepowiadać przyszłość ("Źle się będziesz w tym czuła"). W dodatku każdy atut potrafią zamienić w wadę ("Masz za długie nogi do takich spodni"). I kobieta wychodzi z niczym, za wyjątkiem poczucia, że posiada szereg problemów, z których wcześniej w ogóle nie zdawała sobie sprawy.
I choć nie ma nic złego w tym, że ktoś wyraża swoje zdanie czy daje rady (choć zdrowo w życiu jest spróbować nie doradzać), to niebezpiecznie zaczyna się robić wtedy, kiedy pani mówi z żalem w głosie: "Kupiłabym, ale nie podoba się koleżankom...". Trudno się dziwić, że ludzie (bo taki problem dotyka nie tylko kobiet) wolą wtopić się w tłum i nie narażać się na komentarze "doradców". Mam wrażenie, że choć to my jesteśmy inkubatorami dla własnych kompleksów, to inni ludzie sprawiają, że one nabierają mocy. I kiedy słyszymy tylko o swoich wadach, zaczynamy wierzyć, że może być w tym coś więcej niż tylko ziarnko prawdy.
A u mnie, jak widzicie, wszystko po staremu. Spódnica skraca, warstwy pogrubiają, szalik zaburza proporcje. I bardzo dobrze. Na pohybel samozwańczym stylistkom! One przecież na pewno by mnie tak nie ubrały.

PS Żeby nie kończyć w tak pochmurnym nastroju, wspomnę także o tym, jak podczas zakupów reagują mężczyźni. A reagują zupełnie inaczej. Jeden, na widok swojej żony/dziewczyny/koleżanki wykrzyknął: "O kurwa, zajebiście wyglądasz w tych spodniach. Że co? Że masz wielką dupę? Wielką dupę to ma Ewa Farna! Widziała Pani? Hehehe... Trochę się przytyło, co? Hehehe... Czy możemy liczyć na jakąś zniżkę?".


blazer and puffer jacket - mango/cropped jumper, boots, scarf and bag - zara/skirt - topshop/gloves - vintage

photos by Michael