czwartek, 27 marca 2014

Look good, feel better

Dawno, dawno temu pisałam tutaj o zmianach, które zaczęły zachodzić w mojej szafie. Zrozumiałam, że mniej znaczy więcej i ograniczyłam zakupy na rzecz zwiększenia wolnego miejsca na półkach w szafie. Dzisiaj, blisko półtora roku później, przypomniałam sobie o tym tekście i zaczęłam się zastanawiać, co dało mi bardziej rozsądne podejście do zakupów i czy więcej na tym straciłam, czy zyskałam.
To, co zmieniło się najbardziej, to moje podejście do materiałów. Czytanie metek ze składem stało się moim nawykiem i jest pierwszą rzeczą, którą robię, gdy spodoba mi się dana rzecz. To najlepsza droga eliminacji - w sieciówkach zdecydowanie króluje akryl i kiepski poliester. Oczywiście zdarza się, że z powodu miłości od pierwszego wejrzenia kupię coś z tych szatańskich materiałów (i po kilku praniach tego żałuję...), na co dzień jednak staram się wybierać te, które posłużą mi dłużej. Mówię Wam, nie ma nic fajniejszego niż upolowanie jedwabnych spodni za ułamek pierwotnej ceny (niech żyje TkMaxx!), a żaden sweter nie ogrzeje tak, jak ten zrobiony z wełny. I choć czasem zakupy są dla dociekliwych wyjątkowo frustrujące, zwłaszcza wtedy, kiedy szuka się skórzanej torby i wszystkie kosztują grube miliony, to stwierdzam - zdecydowanie warto trochę się pomęczyć.
A propos - dobre jakościowo produkty bardzo często są  drogie (a raczej: za drogie na mnie, bo przecież pojęcie "drogo" dla każdego znaczy coś innego), jednak przez to półtora roku przekonałam się, że dobrze może znaczyć także "tanio". Torebka (zamszowa!) z poniższych zdjęć kosztowała jakieś 30 złotych, spodnie, które mają w składzie 60% wełny, kupiłam za niecałe 100 zł. To, co się przydaje, to zamiłowanie do szperania i spory nakład cierpliwości - na okazję trzeba czasem bardzo długo czekać, ale i w tym przypadku uważam, że warto być bezkompromisowym.
Jestem też z siebie dumna, że udaje mi się dotrzymać noworocznego postanowienia i w miarę regularnie kupuję u polskich projektantów. Na razie może aż tak tego nie widać na blogu (w końcu mamy dopiero marzec!), ale myślę, że z czasem będzie tutaj coraz bardziej 'polsko'. Choć czasami zdarza mi się zawieść i ubrania nie spełniają moich oczekiwań, to znacznie częściej produkty mają ogromną przewagę nad tymi z sieciówek - są naprawdę dobrej jakości. Sukienka od Lous jest teraz moją ulubioną, a z bluzą od Paprocki&Brzozowski w ogóle się nie rozstaję.

I nie wiem, czy to zasługa wprowadzonych zmian, czy układ planet jest dla mnie ostatnio wyjątkowo korzystny, ale już dawno nie czułam się tak dobrze w swoich ubraniach. Cokolwiek to jest, niech trwa jak najdłużej!



leather jacket - pull&bear/knit - my boyfriend's/pants - mango/bag and heels - zara

photos by Michael

sobota, 22 marca 2014

Spring in the Air. Max.

Przyszła wiosna! Koleżanka w pierwszej chwili nie poznaje mnie na ulicy, w końcu ostatnio widywała mnie raczej w zimowych ubraniach. Przyznaję, rozstanie z płaszczem było trudne, choć czułam, że nasz związek zbliża się ku końcowi.
Przyszła wiosna. Siedzę na przystanku z grupką ludzi, czekając na spóźniony autobus. MPK ma nas w głębokim poważaniu niezależnie od panującej pory roku, ale po raz pierwszy od dłuższego czasu wydaje mi się, że... nikomu to nie przeszkadza. Wszyscy się uśmiechają, nawet ci najbardziej zgorzkniali nie mogą powstrzymać drgania w kącikach ust, twarze mimowolnie lgną tam, gdzie świeci słońce, cieszy dosłownie wszystko - w końcu robak na chodniku to też jakiś znak, że w końcu mamy wiosnę, prawda? I choć łączy nas przystankowa niedola, mam wrażenie, że w powietrzu panuje wyjątkowa sielanka. To musi być wiosna, tylko ona tak działa na ludzi.

Przyszła wiosna i w końcu mogę bezkarnie nosić moje buty, które zwiedziły więcej świata niż ja, lecąc do mnie jako prezent od samego Wuja Sama. Choć ostatnio niewiele ubrań wzbudza we mnie entuzjazm, z przypadku tych butów przepadłam totalnie. Jak widać, wiosną staję się szczególnie kochliwa...


sneakers - nike air max 1 liberty/pants - mango

photos by Biała

piątek, 14 marca 2014

God knows everything but you know everything better

Kiedy zaczniecie wierzyć, że coś wiecie, ukształtujecie własny pogląd albo wyrazicie opinie, za chwilę pojawi się dziesięć osób, które będzie próbowało Wam udowodnić, że nie macie racji. Sytuacja jak u Remarque'a - "Bóg wie wszystko, a wy wszystko wiecie lepiej". 
Codziennie obserwuję dziesiątki kobiet, które przychodzą na zakupy - czasem dlatego, że czegoś faktycznie potrzebują, a czasem, jak przypuszczam, po to, by z małą pomocą nowego ubrania  poprawić sobie humor. Zabierają ze sobą towarzyszki, babcie, ciocie, mamy, koleżanki, które mają za zadanie pomóc i doradzać. One zamiast tego krytykują i odradzają. Samozwańcze stylistki wszystko wiedzą najlepiej. Nie podoba im się nic. Wygłaszają opinie stanowcze ("Źle ci w tym kolorze") i bezpośrednie ("Brzydko w tym wyglądasz"), na dodatek potrafią czytać w myślach i przepowiadać przyszłość ("Źle się będziesz w tym czuła"). W dodatku każdy atut potrafią zamienić w wadę ("Masz za długie nogi do takich spodni"). I kobieta wychodzi z niczym, za wyjątkiem poczucia, że posiada szereg problemów, z których wcześniej w ogóle nie zdawała sobie sprawy.
I choć nie ma nic złego w tym, że ktoś wyraża swoje zdanie czy daje rady (choć zdrowo w życiu jest spróbować nie doradzać), to niebezpiecznie zaczyna się robić wtedy, kiedy pani mówi z żalem w głosie: "Kupiłabym, ale nie podoba się koleżankom...". Trudno się dziwić, że ludzie (bo taki problem dotyka nie tylko kobiet) wolą wtopić się w tłum i nie narażać się na komentarze "doradców". Mam wrażenie, że choć to my jesteśmy inkubatorami dla własnych kompleksów, to inni ludzie sprawiają, że one nabierają mocy. I kiedy słyszymy tylko o swoich wadach, zaczynamy wierzyć, że może być w tym coś więcej niż tylko ziarnko prawdy.
A u mnie, jak widzicie, wszystko po staremu. Spódnica skraca, warstwy pogrubiają, szalik zaburza proporcje. I bardzo dobrze. Na pohybel samozwańczym stylistkom! One przecież na pewno by mnie tak nie ubrały.

PS Żeby nie kończyć w tak pochmurnym nastroju, wspomnę także o tym, jak podczas zakupów reagują mężczyźni. A reagują zupełnie inaczej. Jeden, na widok swojej żony/dziewczyny/koleżanki wykrzyknął: "O kurwa, zajebiście wyglądasz w tych spodniach. Że co? Że masz wielką dupę? Wielką dupę to ma Ewa Farna! Widziała Pani? Hehehe... Trochę się przytyło, co? Hehehe... Czy możemy liczyć na jakąś zniżkę?".


blazer and puffer jacket - mango/cropped jumper, boots, scarf and bag - zara/skirt - topshop/gloves - vintage

photos by Michael

wtorek, 11 marca 2014

Share something good #1

Zauważyłam, że posty z odkryciami z sieci cieszą się sporym zainteresowaniem. Sama bardzo chętnie czytam je chociażby u Styledigger czy Venili. Jako że sama często błądzę i odkrywam perełki w otchłani internetu, postanowiłam raz na jakiś czas podzielić się z Wami tym, co przyciągnęło moją uwagę. Nie obiecuję regularności, gwarantuję za to, że nowy post pojawi się zawsze wtedy, kiedy uda mi się znaleźć dla Was kilka naprawdę ciekawych rzeczy. Gotowi? 3... 2... 1... Zaczynamy!

Otóż to! Większość blogów w moim czytniku stanowią te szafiarskie, z ogromem pięknych zdjęć i znikomą ilością tekstu. Otóż to! jest ich zupełnym przeciwieństwem - nie dość, że autorem jest facet, do tego taki, który wie, jak wykorzystać dar pisania i swoje poczucie humoru, to jeszcze na blogu zdecydowanie rządzi słowo i nie ma miejsca na obrazki. Ja przepadłam zupełnie - zaczytałam się tak bardzo, że następnego dnia... zaspałam do pracy. Strach pomyśleć, co by było, gdyby na blogu było więcej postów... W tym momencie chciałam dodać: "Szczególnie polecam Wam tekst o...", ale prawda jest taka, że musiałabym wymienić w tym miejscu niemalże wszystkie. No, może przynajmniej podlinkuję ten o dresie... Dzięki temu choć na chwilę znowu zrobi się tu bardziej szafiarsko!

Whipping Post. Mam słabość do małych, niszowych firm tworzonych przez ludzi z pasją. Uwielbiam materiał, jakim jest skóra naturalna w swoim najpiękniejszym, naturalnym odcieniu. Bardzo cenię świetną jakość i wykonanie bez zarzutu. No, i wzrusza mnie historia stojąca za powstaniem torby z filmiku poniżej.To tylko kilka powodów, dla których zapałałam do tej marki (i tych produktów!) miłością od pierwszego wejrzenia. Jedynym minusem jest jej cena. Jednak kiedyś, kiedy będę już duża i bogata, kupię ją mojemu chłopakowi jako prezent na Gwiazdę. Albo zupełnie bez okazji. 


True Detective. Nie da się ukryć, że Matthew McConaughey (mam nadzieję, że nie poprzekręcałam literek!) ma teraz swoje pięć minut - nie tylko od niedawna może poszczycić się tytułem zdobywcy Oscara, ale także gra w jednym z lepszych seriali, jakie pojawiły się ostatnio w telewizji. Bohater grany przez Matthew, Rust, to jeden z najbardziej mrocznych, smutnych i uwierających w duszę bohaterów, jakich kiedykolwiek miałam okazję oglądać na ekranie. Nie opiszę go lepiej niż zrobił to Jakub Żulczyk: "Trudno o bardziej złamanego człowieka niż Rust. Gdy jest trzeźwy, patrzy przed siebie wyblakłym wzrokiem kogoś, kto zapomniał, że istnieje coś więcej niż ból; patrzy nie na świat, ale przez świat, w widniejącą za nim pustkę, która zgniotła mu duszę tak jak pięść gniecie kawałek papieru. Gdy jest pijany, lekko się chybocze; robi kroki w tył i w przód, jakby z każdej strony naciskała na niego potworna siła ciążenia. Ta siła to poczucie winy, niemożliwe do wyobrażenia. Gdy jest pijany, mówi "przepraszam" pięć razy w jednym zdaniu. Gdy czegoś chce, zabiera to. Nie uznaje sprzeciwów. Gdy poczuje się obrażony, wstaje i uderza tego, który go obraził, w twarz. Feruje wyroki spokojnym głosem. Gdy tylko chce, może łamać nadgarstki mężczyznom dwa razy większym od siebie. Nie robi tego. Nie musi. Wie, że duże psy nie szczekają. Wielka siła i potworna słabość młócą się w nim jak dwa pijane diabły". Brzmi jednocześnie bardzo strasznie i bardzo intrygująco, prawda? 

PS Nadal mam przed sobą kilka odcinków, więc jeśli Wy obejrzeliście już wszystkie, przemówię do Was niczym Barack Obama - no spoilers, please!

Mówiąc Inaczej. Mój stosunek do języka polskiego najlepiej wyraża słynne zdanie: "Im więcej wiem, tym mniej wiem". Ciągle czegoś się uczę, dowiaduję się o własnych błędach i mimo ciągłego poszerzania wiedzy, mój ojczysty język nadal jest w stanie mnie zaskoczyć. 
Vlog Pauliny polecił mi mój brat. Przyznaję bez bicia - autorka na początku wydawała mi się strasznie irytująca, dlatego zaliczyłam kilka podejść do jej filmików. Wystarczyło jednak pozwolić jej mówić nieco dłużej, by przekonać się, że ma sporą wiedzę, którą podaje w bardzo fajny sposób. Jest kolejny powód, dla którego warto oglądać Mówiąc Inaczej - Paulina jest po prostu mistrzynią suchych dowcipów. Chcecie się dowiedzieć, co pije rano pielęgniarka? Koniecznie obejrzyjcie filmiki!

Refotografie. Ten link to gratka dla łodzian i nielicznej grupy wielbicieli Łodzi. To jeden z moich ulubionych blogów, na którym archiwalne zdjęcia Łodzi są zestawiane z tym, jak miasto wygląda obecnie. Efekt, choć niesamowity, jest też nieco przygnębiający - mam wrażenie, że Łódź sprzed lat podobałaby mi się dużo bardziej niż teraz...

Jeśli i Wam udało się ostatnio odkryć coś, czym chcielibyście się podzielić, śmiało! Czekam na inspirujące komentarze i życzę Wam miłego wieczoru!

wtorek, 4 marca 2014

Losing all hope was freedom

Pałam bezgraniczną miłością do "Fight Clubu". Ostrzegano mnie, że kiedy trochę się zestarzeję, przedstawione tam wartości same się zdewoluują - cóż, najwyraźniej ja na razie nie dorastam. Jednym z cytatów, które najbardziej utkwiły mi w pamięci jest ten, który został tytułem dzisiejszego posta. Nie pisałabym o tym, gdybym nie odkryła, że te słowa najtrafniej podsumowują moją przygodę z blogowaniem.

Jak wiecie (a musicie wiedzieć, bo po pierwsze trudno było tego, nie zauważyć, a po drugie - ciągle o tym wspominać), ostatnio zrobiłam sobie dłuuugą przerwę od blogosfery. Na taką decyzję miało wpływ wiele czynników, z brakiem czasu na czele, ale jeden z nich wydawał mi się szczególnie uporczywy - mój styl zaczął mi się wydawać zbyt zwyczajny, by pokazywać go szerszej publiczności. Nie oszukujmy się - Internet pełen jest zupełnych przeciętniaków. I choć blogosfera to kraina niezwykle demokratyczna, w której każdy znajdzie miejsce dla siebie, ja przestawałam czuć, że się... nadaję? Pomyślcie o blogu, na którym ktoś dodaje codzienne zdjęcia swojego śniadania - ładnego, ale zupełnie zwyczajnego, w dodatku takiego, które... nie do końca smakuje samemu autorowi. Taka sytuacja bywa niezwykle męcząca, zarówno na blogera, jak i dla jego czytelników.

Nie myślcie jednak, że przez ten czas zupełnie zapomniałam o blogu - chwila odpoczynku pozwoliła mi spojrzeć z dystansu na moje wątpliwości i poukładać sobie w głowie to, co do tej pory pozostawało wyjątkowo niepoukładane. Po pierwsze - mimo że trochę zazdroszczę tym, którzy potrafią utrzymać się z prowadzenia bloga, mnie nigdy się to nie uda. I choć początkowo to 'nigdy' wydawało mi się straszne, w końcu zderzenia z rzeczywistością bywają wyjątkowo bolesne, teraz czuję jedynie ulgę. Blog to moja ogromna pasja, dzięki której przeżyłam kilka niesamowitych chwil, ale brak czasu nigdy nie pozwoli mi zaangażować się tutaj na 100 procent. Poza tym, nie po to studiowałam przez pięć lat, by odpuścić sobie niezwykle ekscytującą dla mnie wizję pracowania w zawodzie - a to z prowadzeniem bloga o modzie niemalże się wyklucza. Czuję ulgę, bo przestałam się martwić, że z powodu pracy znowu nie mogę pojawić się na jakieś imprezie w Warszawie, że nie dodaję co dwa dni nowych postów, nie śledzę swoich statystyk (szczerze mówiąc, od kilku miesięcy w ogóle do nich nie zaglądam), nie ciąży na mnie odpowiedzialność za bycie czyimś idolem  i nie muszę starać się być łakomym kąskiem dla reklamodawców. Ze spokojem stwierdzam, że mogę być także ubraniowym przeciętniakiem, bo dla mnie to tylko (i aż!) zabawa. No, i mam ten komfort, że kiedy będę chciała ją skończyć, nie będę martwić się o to, że nagle zabraknie mi na życie.

Po drugie, odkryłam, że dużo większą radość niż reklamowanie produktów sprawia mi spontaniczne i charytatywne pisanie o tym, co mnie zachwyca. Wiem, wiem, to strasznie nieekonomiczne, reklamować coś za darmo, skoro można coś na tym zyskać. Jednak w świecie opanowanym przez pieniądze i barter fajnie jest pozostać zwykłym konsumentem - takim, który płaci za produkt, który dostaje, musi na niego odłożyć, daje zarobić drugiemu człowiekowi, dziękując mu tym samym za pracę, jaką włożył, no i świadomie buduje swoją garderobę - wiem z doświadczenia, że nadmiar ubrań od reklamodawców powoduje jeszcze większy chaos - i w głowie, i w szafie. Oczywiście nie oznacza to, że nie nawiążę żądnej współpracy - mam jednak świadomość, że nic nie muszę i nie zrobię czegoś, czego później będę żałować.

Chyba najtrudniej było mi pogodzić się z tym, że mój styl nie porwie tłumów - z drugiej strony, czego oczekiwać od osoby, która buty na obcasie założyła ostatni raz na Sylwestra, a jej ostatnim zakupem była zwykła czarna bluza? Cóż, świadomość, że się nie zmienię i nie zacznę się nagle przebierać za Annę Dello Russo była niewątpliwie utratą nadziei, choć trzeba przyznać - zrobiło mi się nieco lżej na duchu. Ciągle na to żyję nadzieją, że kogoś porwie moja praca magisterka; póki co nie porywa nikogo - ze mną i moim promotorem na czele.

Dlaczego więc ciągle bloguję - nieregularnie, zupełnie przeciętnie, bez nadziei na zarobek, który stał się siłą napędową ogromnej ilości blogów? Doszłam do wniosku, że nadal mam kilka przemyśleń, którymi chciałabym podzielić się z garstką moich czytelników, że w Łodzi zostało jeszcze mnóstwo miejsc, które warto by pokazać, no i że blog to całkiem niezłe miejsce do pracy nad własnym stylem. Poza tym, właśnie teraz odkryłam, czym jest wolność - i to uczucie tak mi się podoba, że za nic w świecie nie chcę z niego rezygnować, jeszcze nie teraz. Czuję, że mogę dodawać posty wtedy, kiedy naprawdę tego chcę, o tym, o czym aktualnie chcę napisać, nie przejmuję się zbyt długimi przerwami, nie zaglądam w statystyki, nie liczę fanów na Facebooku (no dobra, Facebook robi to za mnie...).

Po cichu jednak liczę na to, że na widok nowego posta ktoś ucieszy się, że widzi mnie w Czytniku, a moje słowa będzie czytać garstka czytelników, którzy nie wejdą tu tylko po to, by zostawić adres swoje bloga, ale zostawią tutaj kilka fajnych słów. Przy okazji - po raz kolejny dziękuję, że jesteście ze mną już od blisko 6 lat, bez Was nawet uczucie wolności byłoby do niczego :)

 
  
 
  

knitwear and boots - zara/leather shorts - mango/belt - diesel/watch - swatch

photos by Ola