środa, 11 lutego 2015

Maroko całkiem spoko*

Posty o podróżach mają wartość niemalże terapeutyczną; kiedy za oknem śnieg, mróz i wietrzysko, ja przygotowuję kubek z herbatą, siadam przy komputerze i przeglądam zdjęcia z ciepłej Afryki - humor momentalnie sam się poprawia. 
Kiedy przed wyjazdem czytałam o Maroko, dziwiło mnie to, jak często pojawiały się opinie, że jest to jeden z krajów, które się jednocześnie kocha i nienawidzi. Po powrocie rozumiem, o czym mowa - atmosfera, która pierwszego wieczoru sprawiła, że czułam się jak w bardzo egzotycznej bajce, piątego dnia niemalże doprowadziła mnie do płaczu na środku placu Jemaa el Fna; byłam zmęczona hałasem, tłumem, ciągłymi zaczepkami. A jednak, kiedy myślę o Maroku, tęsknię za nim. Bardzo. I wiem, że z pewnością kiedyś wrócę tam na dłużej, by poznać je dokładniej.



NOCLEG

Nie chciałam poznawać Marrakeszu zza szyb w którymś z luksusowych hoteli. Dlatego też zdecydowałam się na nocleg w jednym z riadów - i wierzcie mi, nie ma lepszego miejsca, by poczuć klimat Maroka. Mało tego, spaliśmy w dzielnicy Kasbah, zamieszkanej ponoć w większości przez Berberów, gdzie po zmroku kręciło się niewielu turystów. Przez cały wyjazd chodziliśmy dosłownie wszędzie, także po nieturystycznych, pozornie niebezpiecznych zakątkach Maroka, nigdy jednak nie wyczuliśmy ze strony Marokańczyków żadnego zagrożenia - no chyba, że za takie uznać grupkę nastolatków pytających, czy chcemy kupić od nich 'special cigarettes'.
Wracając do noclegu - na kilka tygodni przed wyjazdem znalazłam Riad Aliya i wiem, że nie mogłam trafić lepiej. Przez większość czasu byliśmy jedynymi gośćmi, pracownicy byli najbardziej przyjaznymi ludźmi na świecie, a sam riad był tak cichy i kameralny, że czułam się tam naprawdę wyjątkowo. Dużym plusem były także całkiem niezłe śniadania i taras na dachu, gdzie próbowałam (z marnym skutkiem) chociaż trochę się opalić.



JEDZENIE

Do najsłynniejszych marokańskich potraw należą z pewnością tażin i kuskus - te dwa słowa wystarczają, by z grubsza opisać naszą tygodniową dietę. Nazwa tażin pochodzi od stożkowanego glinianego naczynia, w którym danie to jest podawane; każdy tażin, który jadłam, był inny - można dostać i wersję wegetariańską, i z wołowiną albo kurczakiem, moja ulubiona była za to z daktylami i orzechami.
Królową zup pozostaje harira (przy okazji - uwielbiam to słowo!) - gotowana na baraninie lub mięsie wołowym, z ciecierzycą, bobem, grochem i soczewicą, innymi warzywami, takimi jak cebula i seler, i mieszanką przypraw, czasem z makaronem albo ryżem. Pierwotnie jej zadaniem było przywracanie muzułmanom sił po ramadanie, nas ratowała po kilku godzinach męczącego zwiedzania. Pyszna!
Ale kuchnia marokańska to także wiele innych smaków - pyszne bakłażany, jeszcze lepsze szaszłyki z baraniny, zupa z soczewicy i niesamowity chleb. Moim najcieplejszym wspomnieniem będzie jednak marokańska herbata - miętowa, niesamowicie słodka, podawana w imbryku, który strasznie parzył w palce. Piłam ją codziennie, w nieprzyzwoitych wręcz ilościach, ryzykując zasłodzeniem organizmu.







ZWIEDZANIE 

Według mojego przewodnika Marrakesz jest miastem, które można zwiedzić w trzy dni. Choć jest tu sporo rzeczy do zobaczenia, raczej nie wyjeżdża się stąd z poczuciem, że nie dało się rady zahaczyć o wszystkie "must see". 
Po pierwsze, Marrakesz ogrodami stoi. Naprawdę, jest ich mnóstwo, wszystkie są bardzo zadbane, a w niektórych można skorzystać z darmowego wi-fi. Najbardziej popularnym (i jednym z najpiękniejszych) jest chyba ogród Majorelle, znany z tego, że w 1980 r. kupił go Yves Saint Laurent i jego partner, Pierre Berge, a później oboje przyjeżdżali tu dwa razy do roku, gdy Yves pracował nad nową kolekcją. Gdy projektant umarł w 2008 roku, jego prochy zostały rozsypane w tym ogrodzie. I choć zabrzmi to niesamowicie głupio i sztampowo, Majorelle ma w sobie naprawdę coś magicznego - czuje się tam obecność projektanta. I choć może na zdjęciach ogród wygląda mało imponująco, uwierzcie mi na słowo - żadne zdjęcia nie są w stanie oddać jego ogromnego uroku.


Nie ma Marrakeszu bez placu Jemaa el Fna. To największa atrakcja turystyczna miasta - kilka lat temu plac został wpisany na listę niematerialnego dziedzictwa UNESCO. Rano całkiem spokojny, zdominowany przez sprzedawców świeżo wyciskanego soku pomarańczowego, ok. 16:00 powoli budzi się do życia po to, by wieczorem stać się gwarnym centrum rozrywki, obleganym przez tłumy, które przychodzą tu coś zjeść, pooglądać występy ulicznych artystów czy po prostu stać się częścią tej dziwnej, ale niesamowitej atmosfery.


Pisałam już o tym, że w Maroku jest wiele ogrodów, podobnie jest z pałacami; odpuściliśmy sobie zwiedzanie wszystkich po kolei i zdecydowaliśmy się tylko na ten, który wydawał nam się najciekawszy (czytaj: był najbliżej naszego riadu), czyli El Badi. Zanim nastawicie się na zdjęcia przepięknych wnętrz, wspomnę tylko, że z samego pałacu zostały tylko ruiny, ale i one robią całkiem niezłe wrażenie - ja nie mogłam oderwać oczu od tych pięknych podłóg (jest taki hashtag na Instagramie: #ihavethisthingwithfloors, totalnie moja bajka) i dziedzińca, który nawet na moich wysoce niedoskonałych zdjęciach prezentuje się, przyznajcie sami, po prostu niesamowicie.


Ważnym punktem na turystycznej mapie Maroka jest medresa Ben Youssef, czyli dawna szkoła teologiczna, nauczająca Koranu. Wędrówka po labiryntach korytarzy i setkach pokoi bardzo wycisza, a misterne zdobienia zachwycają nawet największych ignorantów.
Przy okazji - wiem, że w tym poście jest dużo słodyczy, nie tylko ze względu na obecność marokańskiej herbaty, ale wszystkie te miejsca naprawdę zrobiły na mnie ogromne wrażenie. A ta medresa automatycznie wskoczyła na czoło rankingu najpiękniejszych miejsc, które miałam okazję zobaczyć na własne oczy.


Jednak to, na co najbardziej miałam ochotę w Marrakeszu, to błądzenie jego uliczkami, gubienie się i chodzenie bez celu, skręcanie z ruchliwych ulic w miejsca, gdzie panowała zupełna cisza, gdzie ludzie zaczynali nas traktować jak powietrze, a nie turystów, których koniecznie trzeba sobą zainteresować. To poznanie Marrakeszu z innej strony, nie tylko tego pełnego turystów, z ogromnymi ogrodami i zadbanymi zabytkami, ale także brudnego, czasem śmierdzącego, biednego, ale bardzo autentycznego. Dlatego też zostawię Wam teraz z kilkoma niepowiązanymi ze sobą zdjęciami, które oddadzą (a przynajmniej taką mam nadzieję) choć w jakimś stopniu to, co zafascynowało mnie w tym mieście.














Jako że post urósł już do gigantycznych rozmiarów, postanowiłam podzielić go na kilka części. W kolejnym odcinku wybierzemy się nad ocean, do Essaouiry, a w kolejnym postaram się zebrać dla Was jak najwięcej przydatnych wskazówek, które być może okażą się pomocne wtedy, kiedy zdecydujecie się wyruszyć do Maroka. Do zobaczenia!

*tytuł tego posta ma swoją przyczynę, o której opowiem Wam innym razem!

poniedziałek, 9 lutego 2015

Kim jesteś?

60% wody, ciało i dusza, imię i nazwisko. Tyle prób bardziej lub mniej poetyckiego zdefiniowania, kim jest człowiek, a mnie oświeciło w najmniej oczekiwanym momencie - ostatnio odkryłam, że jestem toną książek i toną ciuchów.
Z pewnością nie jestem jednak tym, kim byłam, kiedy mnie tu ostatnio widzieliście. Moi znajomi nie mówią już żartobliwie: "Ojej, czy ubrałem/am się odpowiednio na spotkanie z s z a f i a r k ą?!"; po tym poznaję, że już nią nie jestem. Utraciłam ten tytuł; nie jestem już blogerką modową (sic!).
Od czasu, kiedy ostatni raz się tu widzieliśmy, zdążyłam skończyć studia. Bycie psychologiem i bycie blogerką modową wydawało mi się wyjątkowo niekompatybilne, a życie to przecież sztuka wyboru. Jednak przez ostatnie miesiące czułam, że jestem też czymś więcej - jestem tęsknotą za pisaniem, za kontaktem z czytelnikami, jestem potrzebą wylania z siebie kilkuset słów raz na jakiś czas; bez spinania się, bez obietnic, bez przymusu. Oto więc jestem. Nie wiem, na jak długo, czy wkrótce nie zapragnę znowu zniknąć, czy będę chciała być. Ale teraz jestem.

I wiecie, od czasu, kiedy stąd zniknęłam, rzadko tęskniłam za pozowaniem do zdjęć czy pokazywaniem nowych butów. Zawsze byłam beznadziejna w pozyskiwaniu nowych czytelników, obserwowaniu statystyk, w całym blogowym marketingu, współpracach, zobowiązaniach. Ale ktoś kiedyś powiedział mi, że jestem całkiem dobra w pisaniu. I choć nie do końca w to uwierzyłam, ta potrzeba do dziś nie daje mi spokoju. I wiecie, nie twierdzę, że nigdy więcej nie pochwalę się tu nowymi butami i nie pokażę my outfit of the day, ale prawda jest taka, że w głowie od dawna siedzi mi coś zupełnie innego - i tym chcę się z Wami dzielić.

I am Jack's Complete Lack of Surprise.

PS A skoro już nie jestem blogerką modową, mogę być po prostu kimkolwiek chcę. 

wtorek, 6 maja 2014

Because I'm happy

Jeżeli ciuchy odzwierciedlają styl życia, to od razu widać, że moje ostatnio zdominował rower. Obcasy i sukienki poszły w odstawkę i zostały zastąpione przez spodnie i bluzy. Mam wrażenie, że im jestem starsza, tym jestem młodsza, przynajmniej w kwestii stroju - wystarczy powiedzieć, że połowę dzisiejszego stroju stanowią ubrania kupione na dziale dziecięcym.
Nie jestem z tych, którzy podkochują się w sławnych osobach (Adrien Brody się nie liczy!). Mam jednak słabość do jednego artysty, który zachwyca mnie zarówno muzyką, jak i stylem. Stąd dziś strój inspirowany tym, co nosi na sobie w teledysku "Happy" Pharrell Williams - są buty typu slip-on i jest bluza z numerem (nieco innym niż w teledysku, w końcu ten mógłby wyglądać nieco kontrowersyjnie na ciuchu z działu dziecięcego). W mojej szafie brakuje tylko słynnego kapelusza projektu Vivienne Westwood, więc... dorobiłam go sobie w Photoshopie!

4
5
3

sweatshirt and pants - h&m kids/suede jacket - mango/bag - Zuzia Górska/slip-on shoes - bronx

photos by Michael

sobota, 19 kwietnia 2014

Almost unbreakable

Ogłaszam kwiecień miesiącem zmiany przekonań. Ów proces zaczął się w moim przypadku już pierwszego dnia miesiąca, i choć miałam nadzieję, że to tylko okrutny żart, los wykazał się wyjątkowo kiepskim poczuciem humoru. Całe życia trwałam bowiem w przekonaniu, że należę do grupy szczęśliwców, których omijają wszelkie urazy. Okazało się jednak, że pogruchotanie takiej wiary zajmuje tyle, co złamanie nosa, czyli dosłownie kilka sekund. Znacznie dłużej trwa za to pobyt w szpitalu, gdzie każdy dzień to walka o przetrwanie i gdzie przekonanie, że wszyscy lekarze są tacy jak w Leśnej Górze to dowód na to, że telewizja kłamie, oj, bardzo kłamie. Na szczęście powoli wracam już do żywych i choć trochę żałuję, że mój nowy nos do złudzenia przypomina ten stary, cieszę się, że wyszłam z tej historii cało, bo przecież... zawsze mogło być gorzej.
Do wczoraj żyłam także w przekonaniu, że wyrosłam z noszenia za dużych męskich t-shirtów z nadrukami.. Okres fascynacji tą częścią garderoby przeżyłam jakieś 6 lat temu i byłam pewna, że nigdy do nich nie wrócę. Wszystkie zasady odeszły w zapomnienie, gdy zobaczyłam ten t-shirt. No, ale Marek Hłasko to Marek Hłasko, dla takiego mężczyzny można zrobić wyjątek.
Swoją drogą, kwiecień trwa w najlepsze, jestem bardzo ciekawa, czy spróbuje jeszcze namieszać w moim życiu. Tymczasem, przechodząc gładko do kolejnej myśli, życzę Wam zdrowych, pogodnych i słonecznych Świąt, wypoczywajcie i uważajcie na swoje nosy!


t-shirt - bytom (!)/silk pants - diesel black gold/leather jacket - pull and bear/bag - zara/belt - diesel/slip on shoes - bronx

photos by Michael